Nie taki Woodstock straszny jak go malują

Tych wypalonych fajek było więcej niż kilka czy też kilkanaście…

Parafrazując jednak Taco Hemingwaya: „Ale to Woodstock, to się wcale nie liczy”. No właśnie, co tak naprawdę liczy się na Przystanku Woodstock?

Z jednej strony argumenty o zezwierzęceniu, z drugiej o dobrej zabawie. Pewnie będę lekko stronniczy (jak już o nich mowa, to Karol Paciorek też w Kostrzynie się pojawił), ale jak przed pojechaniem na festiwal byłem zwolennikiem drugiej opcji, tak po powrocie jestem nim jeszcze bardziej.

Zacznijmy tę podróż z mojego ostatniego tygodnia – podróż poszarpaną, pełną odczuć subiektywnych, ale mogących nakreślić piękno Przystanku. Na początek minusy – nie wszyscy byli dla siebie fair. Wprawdzie kradzieże były rzadkością (a przynajmniej te zgłaszane), jednak jeśli chodzi o pola namiotowe, to nie wszystko działało zgodnie z założeniami. Największym problemem w znalezieniu swojego miejsca są ludzie przyjeżdżający na darmowe i dostępne dla wszystkich pola, po czym rezerwujący dla siebie i znajomych kilka do nawet kilkunastu miejsc. Nikt nie może przecież się z nimi kłócić, bo samozwańcza rezerwacja powinna być wystarczającym argumentem, by nikt nie przeszkadzał w oczekiwaniu na różnej maści znajomych. „Oh, ale jak to nikt nie nie może rościć sobie prawa do zarezerwowania pola? Przecież to właśnie zrobiłem.” I kłóć się tu człowieku z takim…

No ale odstawmy to na bok i skupmy się na całej reszcie, czyli pozytywach. Ich jest na prawdę sporo i nie lada wyzwaniem było by je wszystkie wymienić. Po pierwsze ludzie – gdyby nie oni, nie moglibyśmy mówić o Woodstock’u, to oni sprawiają, że te kilka dni to coś więcej niż festiwal. Dzięki nim w powietrzu czuć aurę magii, coś, co nigdy nie poczuje się gdzie indziej. Niezależnie od tego czy Przystanek będzie odbywał się nadal w Kostrzynie, czy w jakimkolwiek innym mieście –  cała jego magia przeniesie się do niego razem z ludźmi. Swoje trzeba też oddać poszczególnym osobom, kto nie był fanem Jurka Owsiaka, nie był na Woodstock’u. Nie możne go człowieka nie polubić po obcowaniu z nim w cztery oczy. Okej, może to dlatego, że ma coś w sobie i potrafi porwać tłumy ot tak po prostu. Mimo wszystko porwał i mnie. Przystanek Woodstock to też (a może i przede wszystkim) koncerty, każdy z nich jest jednym przedstawieniem, a było ich kilkadziesiąt. Każdy jest inny i unikalny, mówi nieco o artyście. Nagromadzenie ich w jednym miejscu w przeciągu kilku dni to nie tylko świetny pomysł, evenement, na który czeka się cały rok, ale też niezapomniane przeżycie.

Właśnie, co ja będę pisał i Was zadręczał moimi przemyśleniami, które wiele warte nie są – po prostu pojedźcie na kolejny Przystanek i przeżyjcie to sami!

Żadna relacja wam tego nie odda.

 

Foto Bartek Muracki.

Korekta Edyta Kowalska.