Kinowe spacery w lutym

„Call me by your name” I „Lady Bird” to filmy o trudach miłości, dojrzewania. Łączy je jeszcze ten sam aktor (Timothée Chalamet), piękne wykonanie i klimat, który właśnie to wszystko im nadaje.

 

 

Lady Bird to film opowiadający o Christine. Uczennicy ostatniej klasy liceum, który marzy o studiach na przeciwnym – wschodnim wybrzeżu. Zamieszkuje małe miasto w Kalifornii, Sacramento wraz z ojcem ciepriącym na depresję, bratem z jego dość ekscentryczną dziewczyną i matką, z którą łączą ją niezdrowe wręcz toksyczne relacje. Reżyserka (Greta Gerwig) świetnie poradziła sobie z opowiedzeniem o trudach jakie spotykają każdego w życiu – zwłaszcza nastolatków. Pierwsze zawody, miłości i przyjaźnie, chęć przynależenia do grupy i szukanie własnej drogi oraz pokonywanie trudności w drodze do celu – zna każdy.

Tak romantyczne, delikatne podejście do tych wszystkich jakże skomplikowanych spraw sprawia, że jest on uniwersalny i jeszcze bardziej podbija naszej serce. Na długo pozostając w pamięci. Mamy tam niesamowitą scenę podczas podróży samochodem Lady Bird z matką, mycia naczyń oraz rozmów ze znajomymi, który z czasem zaczynają nabierać klarownego sensu i głębi. Znajdziemy tam śmiech przez łzy i masę zabawnych momentów. Zakochań… pierwszy seks, utratę przyjaciół i poznawanie nowych ludzi, którzy są w ciągu jednej sekundy zmienić kompletnie nasze życie.

 

Call me by your name to niesamowicie romantyczna, zmysłowa, magiczna ale jednak bardzo przyziemna historia o jak to często bywa smutnej i bolesnej miłości.

Elio (Timothée Chalamet) to żydowski Amerykanin, który co roku spędza wakacje z rodzicami w pięknym domu we Włoszech. Jego ojciec jest naukowcem i na sześć tygodni przyjeżdża do niego jego znajomy – Oliver (Armie Hammer). NA początku Elio nie jest zachwycony tym faktem.

Główny bohater spędzał całe dnie na grze na pianinie, kontemplowaniu literatury i poezji oraz zagłębianiu się w naukach humanistycznych. Podrywaniu dziewczyn zwłaszcza jego starej przyjaciółki Marzi (Esther Gerrel), a wieczory na imprezach i obiadach w domu dyskutując o filozofii. Ma bardzo dobre relacje z rodzicami, lecz każde z nich jest zupełnie inną planetą.

Pokusiłabym się o stwierdzenie, że film jest aż majestatyczny. Co podkreśla tylko muzyka, która jest arcydziełem Sufjan Stevens’a oraz piękno i symbolika, a także niesamowita gra aktorska. Wszystko jest tam jak osobny, element piękna, który z czasem po seansie nabiera sensu. Takie momenty jak monolog ojca, scena z brzoskwinią, a także ostania scena filmu.