Wywiad z Moniką Witek- co serce maluje

Co serce namaluje?

Nie farbą nie pędzlem, ale właśnie sercem maluje się najpiękniejsze obrazy. Dziś zapraszam na rozmowę z Moniką Witek absolwentką Historii Sztuki na uniwersytecie Jagiellońskim, artystkę autorką strony sercem malowane, a także matką i żoną.

Na początek proste pytanie, czym według Pani jest sztuka?

(Uśmiech). „Proste pytanie: czym jest sztuka?„To jedno z najtrudniejszych, a na pewno jedno z bardziej intrygujących pytań! I chyba nikt tak naprawdę nie potrafi podać właściwej definicji sztuki. Czy w ogóle taka definicja istnieje? Wątpię. Pytasz, czym dla mnie jest sztuka. Spróbuję więc w miarę jasno sformułować kilka myśli. Sztuka nierozerwalnie łączy się z pięknem, a ono w moim odczuciu zawsze wskazuje na transcendencję. Kiedy patrzę na prawdziwe dzieło sztuki, odczuwam zachwyt. Jak w takim momencie nie odnieść się do czegoś, co istnieje pozazmysłowo, pozamaterialne, w niewyobrażalny sposób? Znakiem obecności Boga jest dla mnie piękno i sztuka, wyrażone w określonych wytworach rąk ludzkich. Mało tego, im bliżej jestem Boga, tym bardziej wrażliwa staję się na piękno. To jednak musi być zdrowo pojęte piękno — nie to, które jest samowystarczalne, które samo dla siebie staje się bożkiem. Chodzi mi o piękno na służbie wyższej niż ono samo sprawy.

 

Kiedy odkryłaś i tak naprawdę poczułaś, że ma Pani talent jak zaczęła się przygoda z rysunkiem i malarstwem?

 

Poczucie, że to, co rysuję i maluję, podoba się ludziom, wyniosłam już ze szkoły podstawowej. Pani z plastyki chwaliła mnie na lekcjach, dostawałam najwyższe noty za pracę. W liceum wykonywałam rysunki, które trafiały na okładkę pisma parafialnego, a w czasie studiów zaczęła się moja ponad dziesięcioletnia przygoda z wykonywaniem dekoracji wielkanocnych w pszowskiej bazylice. Jednak rysować niemalże codziennie, a nie od czasu do czasu jak wcześniej, zaczęłam po urodzeniu mojej sześcioletniej córki, kiedy to straciłam pracę. Były to portrety, które tak bardzo przypadły ludziom do gustu, że zrozumiałam, iż trzeba te umiejętności sensownie wykorzystać.

 

Jest Pani po studiach z Historii sztuki jak wpłynęły one na Pani pogląd na sztukę i na dzisiejszą Twórczość?

 

Na studiach w Krakowie wyrobił mi się gust. Nauczyłam się określać, co w zakresie sztuki mi się podoba, a co nie, i dlaczego tak jest. Obejrzałam mnóstwo dzieł sztuki, które mnie zachęciły biegłością twórcy czy ujęciem tematu i poszerzyły moją wyobraźnię. Widziałam też mnóstwo tzw. dzieł, którymi nigdy bym nie chciała się inspirować. Na moją własną twórczość te studia wpłynęły też o tyle, że świadoma jestem, jak wiele jeszcze mi brakuje do moich mistrzów…

Jaka jest dla Pani najważniejsza i najpiękniejsza epoka w dziejach sztuki?

 

Kocham gotyk za mistycyzm w architekturze, strzelistość brył, finezyjność detalu kamieniarskiego, ale głównie za światło niezrównanych witraży. Lubię jasną, spokojną odsłonę renesansu włoskiego. Barok podziwiam za rozmach myśli i plamy w malarstwie. Urzeka mnie nostalgia i tęsknota za minionym w obrazach prerafaelitów. Podziwiam pejzaże Chełmońskiego i Fałata. Są niedoścignione. Najmniej zaś porywa mnie sztuczny styl klasycystyczny. Brr!

Kto lub co jest dla pani największą inspiracją?

Po pierwsze: ludzie. Najczęściej podziwiam piękno ludzkich twarzy: uśmiechy, błysk w oczach, ekspresję mięśni. Każda twarz jest inna, jedyna w swoim rodzaju. Lubię jej charakterystykę „chwytać” w portrecie. Każda twarz odnosi mnie i wskazuje na Prawdziwe Oblicze. Po drugie: widoki. Czasem zachwyci mnie jakaś kępa trawy, obłok, światło na murze. Przetwarzam w głowie od razu na obraz. Wielkość, kształt, kompozycja — od razu gotowe.

 

Czym jest dla Pani rysunek?

 

Rysunek wyraża mój sposób patrzenia na świat. Kreska, którą stawiam, może chyba coś ” powiedzieć” o moim charakterze i temperamencie, nastroju w chwili tworzenia. Zazwyczaj jest ona miękka, dość płynna, delikatna. Czasem ostra, mocna, wyrazista. Jak ja (śmiech)!

 

Poza tym, że jest Pani artystką, należy też pamiętać że jest pani również matką i żoną, jak możliwe jest pogodzenie tych trzech obszarów życia ze sobą? Czy również jest to dla Pani forma realizacji i rozwoju?

Kiedy zaczęłam częściej rysować po utracie pracy i próbowałam odnaleźć się w tej nowej rzeczywistości, okazało się nagle, że są dla mnie godziny w szkole podstawowej w Pszowie, w gimnazjum w Radlinie i w liceum plastycznym w Wodzisławiu Śląskim. Przyjęłam je wszystkie. Uczyłam plastyki, historii i historii sztuki, dojeżdżając wszędzie autobusem. Wieczorami nadal rysowałam. Logistyka tego przedsięwzięcia i nadmierna ilość pracy kosztowała mnie po roku niemożnością przypomnienia sobie własnego imienia i tym, że moja dwuletnia córeczka zaczęła mówić do swojej babci „mama”. Nigdy więcej tego błędu, jakim był pracoholizm, już nie powtórzyłam. Teraz rozsądniej zarządzam czasem. Zrezygnowałam z pracy w szkole (i w muzeum po drodze też) na rzecz prowadzenia własnej małej pracowni. Rysuję tylko wtedy, kiedy moje dziecko jest w przedszkolu albo kiedy śpi. To mi wystarcza. Dla męża też znajduję czas. Dbamy o codzienne rytuały. Dużo rozmawiamy. Łączy nas wiara, modlitwa, wspólnota. W hierarchii wartości zdecydowanie najpierw są moi Bliscy, potem praca, która — szczęśliwie się składa – jest moją pasją.

 

Jakie jest najlepsze dzieło, jakie pani namalowała?

 

Mam kilka swoich ulubionych obrazów, które na tle pozostałych nie są może najlepsze technicznie, ale są mi bliskie ze względu na emocje podczas tworzenia. Do ważnych, głębokich refleksji skłoniła mnie praca nad obrazem „Ecce Homo”, który był dość duży, wielkości drzwi. Miał zawisnąć w Ciemnicy podczas Świąt Wielkanocnych. Malowałam twarz Pana Jezusa naturalnej wielkości, Jego ubiczowane ciało, ociekające krwią. Męczyła mnie fizycznie ta praca ze względu na duży format. Malowałam zmęczona, nocami, po pracy w muzeum. Płakałam. Długo nie wychodziło nic, a Wielki Tydzień za pasem… Udało się. Powstał obraz z bólu o Bólu. Tak, to było mocne przeżycie.

 

Co jest najważniejsze w procesie twórczym?

 

Cierpliwość. Cierpliwość. I po trzecie: czas. Najlepiej jak najwięcej czasu.

Jaka część procesu tworzenia jest dla Pani najbardziej satysfakcjonująca?

Bardzo lubię przy rysowaniu portretów ołówkiem moment, kiedy z chłodnej, jakby martwej twarzy pozbawionej wyrazu „wyłania się” życie. Dzieje się to wówczas, gdy koniuszkiem gumki chlebowej wycieram starannie nadmiar grafitu z tęczówki oka, tworząc blik, taki charakterystyczny błysk. To jest to!

 

Co jest według Pani ważniejsze forma dzieła czy jego treść i przekaz?

 

Powiem tak: jedno bez drugiego ma problem zaistnieć. Treść bez dobrej formy ma kłopot z wyjściem z cienia, a dobra forma bez treści jest tylko zwykłym popisem umiejętności. Gdybym jednak miała wybrać, postawiłabym na treść, na dobrą, budującą treść. Od każdego rodzaju sztuki oczekuję nauki, morału, zbudowania.

 

Teraz pytanie całkowicie inne, co myśli Pani o sztuce współczesnej?

 

Sztuka współczesna? Nigdy nie gustowałam. Przynajmniej nie w tej mainstreamowej sztuce, w happeningach, sztuce feministek. Rozchodzą się nam mocno drogi z powodu treści. Sądzę jednak, że w słabszym, często deprecjonowanym dziś nurcie sztuki realistycznej znalazłabym kilku fantastycznych twórców: pejzażystów, portrecistów, artystów tworzących sztukę sakralną w narracyjnym ujęciu. Ich galerie mam zapisane na Instagramie czy Pintereście. Zaglądam tam czasem, by nadal wierzyć w to, że można tworzyć dobrą w treści i formie sztukę.

 

Na koniec prosiłbym  o radę dla wszystkich młodych artystów.

Twój głos w sztuce jest ważny. Twórz stale, ćwicz rękę. Szukaj nowych pomysłów, rozwiązań, inspiracji. Miej wartości. Nie zniechęcaj się. Dbaj, by to, co tworzysz, zawsze powstało z miłości.

Tekst dzięki Tomasz Kot